Można powiedzieć, że prześladują mnie aniołki? Jak najbardziej!
Lepsze one niż akysze... ;)
Umieszczam je nadal na różnych przedmiotach i teraz przyszedł czas na obrazki.
Pierwszy komplet w stylu shabby chic w tym najprostszym wydaniu.
Niby nic, a cieszy nowych właścicieli.
Decoupage - to moje hobby. Inne techniki? - też je lubię :)
środa, 10 września 2014
piątek, 5 września 2014
Wątpliwa elegancja
Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym rodzajem papieru, a właściwie bibułki to nie za bardzo wiedziałam jak się za nią zabrać.
Jest cieniutka niczym serwetka, ale dużo bardziej mocna.
I teraz już wiem, że łatwiej się przykleja kiedy potraktujemy ją jak papier, a nie jak serwetkę.
Trochę ryzykownie postanowiłam połączyć grochy z paskami, ale wiedziałam, że całość będzie pobrudzona, więc mogłam sobie pokombinować z wzorami na wesoło.
Żeby jednak pudełko nabrało trochę kobiecości postanowiłam dodać koronkę.
Nie miałam pod ręką bawełnianej w czarnym kolorze, więc biała zanurkowała w bejcy, potem w lakierze i na końcu została kilka razy maźnięta prawie suchym pędzlem z odrobiną bieli.
Środek nieporządnie pobieliłam i dodałam nie do końca okrąglutkie guziki.
Pierwsza myśl podpowiedziała wykończenie środka dla kontrastu białą koronką.
Ale za porządnie by było.
Za czysto.
Za bardzo cacy.
Stąd niesforne guziki.
(to wytłumaczenie dla tej co mi na guziki nosem kręci :D).
Poza tym jak się ma takie fajne guziki to trudno się opanować, żeby sobie ich nie użyć.
Całość jest wylakierowana na super matowo i bardzo miła w dotyku.
A grochy będą znowu.
Ale w innej, dużo jaśniejszej odsłonie. :)
Jest cieniutka niczym serwetka, ale dużo bardziej mocna.
I teraz już wiem, że łatwiej się przykleja kiedy potraktujemy ją jak papier, a nie jak serwetkę.
Trochę ryzykownie postanowiłam połączyć grochy z paskami, ale wiedziałam, że całość będzie pobrudzona, więc mogłam sobie pokombinować z wzorami na wesoło.
Żeby jednak pudełko nabrało trochę kobiecości postanowiłam dodać koronkę.
Nie miałam pod ręką bawełnianej w czarnym kolorze, więc biała zanurkowała w bejcy, potem w lakierze i na końcu została kilka razy maźnięta prawie suchym pędzlem z odrobiną bieli.
Środek nieporządnie pobieliłam i dodałam nie do końca okrąglutkie guziki.
Pierwsza myśl podpowiedziała wykończenie środka dla kontrastu białą koronką.
Ale za porządnie by było.
Za czysto.
Za bardzo cacy.
Stąd niesforne guziki.
(to wytłumaczenie dla tej co mi na guziki nosem kręci :D).
Poza tym jak się ma takie fajne guziki to trudno się opanować, żeby sobie ich nie użyć.
Całość jest wylakierowana na super matowo i bardzo miła w dotyku.
A grochy będą znowu.
Ale w innej, dużo jaśniejszej odsłonie. :)
sobota, 30 sierpnia 2014
Zaginione perły księżnej Daisy
Księżna Maria Hochberg von Pless zwana Daisy była uznana za najpiękniejszą księżniczkę Europy.
Uważaną ją też za jedną z najbardziej fascynujących kobiet na świecie.
Daisy była piękna, czarująca i urzekająca.
I co najważniejsze: miała fiołkowe oczy!
Jej alabastrowa twarz i talia osy przyciągały wzrok wielu możnych ówczesnego świata.
Często występowała i śpiewała na prywatnych przyjęciach i dobroczynnych spektaklach.
Mąż Daisy, Jan Henryk von Hochberg baron na Książu i książę Pszczyński zabrał swoją młodszą o 11 lat żonę w egzotyczną podróż poślubną, która trwała kilka miesięcy.
Obiecał podarować jej kilkumetrowy sznur pereł.
Z pokładu jachtu Daisy obserwowała poławiaczy pereł, którzy nurkowali w Zatoce Adeńskiej szukając muszli perłopławów.
Jeden z nich zmarł z nadmiernego wysiłku przeklinając tę, którą zdobić miały perły zdobywane z tak wielkim trudem.
Księżna przy każdym dramatycznym wydarzeniu, które jej towarzyszyło wspominała ową historię.
A los jej nie oszczędzał, bo przecież zmarła jej pierworodna córka, potem oskarżano ją o szpiegostwo na rzecz Anglii, a w wyniku okrutnych przesłuchań hitlerowskich zmarł jej najmłodszy syn Bolko w wieku 26 lat.
Zaś ona sama prawdopodobnie chorowała na stwardnienie rozsiane.
Zmarła w wieku 70 lat i pochowana została wraz ze swym przeszło 6-cio metrowym sznurem pereł.
Dzisiaj nie wiemy gdzie jest grób Daisy.
Jak i również jej słynne perły...
Uważaną ją też za jedną z najbardziej fascynujących kobiet na świecie.
Daisy była piękna, czarująca i urzekająca.
I co najważniejsze: miała fiołkowe oczy!
Jej alabastrowa twarz i talia osy przyciągały wzrok wielu możnych ówczesnego świata.
Często występowała i śpiewała na prywatnych przyjęciach i dobroczynnych spektaklach.
Mąż Daisy, Jan Henryk von Hochberg baron na Książu i książę Pszczyński zabrał swoją młodszą o 11 lat żonę w egzotyczną podróż poślubną, która trwała kilka miesięcy.
Obiecał podarować jej kilkumetrowy sznur pereł.
Z pokładu jachtu Daisy obserwowała poławiaczy pereł, którzy nurkowali w Zatoce Adeńskiej szukając muszli perłopławów.
Jeden z nich zmarł z nadmiernego wysiłku przeklinając tę, którą zdobić miały perły zdobywane z tak wielkim trudem.
Księżna przy każdym dramatycznym wydarzeniu, które jej towarzyszyło wspominała ową historię.
A los jej nie oszczędzał, bo przecież zmarła jej pierworodna córka, potem oskarżano ją o szpiegostwo na rzecz Anglii, a w wyniku okrutnych przesłuchań hitlerowskich zmarł jej najmłodszy syn Bolko w wieku 26 lat.
Zaś ona sama prawdopodobnie chorowała na stwardnienie rozsiane.
Zmarła w wieku 70 lat i pochowana została wraz ze swym przeszło 6-cio metrowym sznurem pereł.
Dzisiaj nie wiemy gdzie jest grób Daisy.
Jak i również jej słynne perły...
czwartek, 21 sierpnia 2014
Dębowe skrzynie na przeszłość...
Trzymają mnie bejce do nadal i można powiedzieć nawet, że jestem w ciągu.
Tym razem występują w połączeniu z woskami co daje bardzo przyjemny efekt w dotyku.
Skrzynki nabyłam w markecie budowlanym i jakość była wprost proporcjonalna do ceny.
Cena była niewielka, więc wszystko jasne. ;)
Ale mając papier ścierny nic straszne nie jest, więc dałam radę naprawić czego stolarz nie wykończył.
Jednego już nie dałam rady się pozbyć czyli nadmiaru kleju.
Może mi ktoś powiedzieć dlaczego on jest nakładany klopsami?
Tak więc skrzynie w tym jedna z deklem imitują dębowe pochodzenie.
Z dębowymi kolorami poszalałam, potem je miejscami zdzierałam, a potem znowu nakładałam.
Słowem - zabawa była przednia! :D
Tym razem występują w połączeniu z woskami co daje bardzo przyjemny efekt w dotyku.
Skrzynki nabyłam w markecie budowlanym i jakość była wprost proporcjonalna do ceny.
Cena była niewielka, więc wszystko jasne. ;)
Ale mając papier ścierny nic straszne nie jest, więc dałam radę naprawić czego stolarz nie wykończył.
Jednego już nie dałam rady się pozbyć czyli nadmiaru kleju.
Może mi ktoś powiedzieć dlaczego on jest nakładany klopsami?
Tak więc skrzynie w tym jedna z deklem imitują dębowe pochodzenie.
Z dębowymi kolorami poszalałam, potem je miejscami zdzierałam, a potem znowu nakładałam.
Słowem - zabawa była przednia! :D
sobota, 9 sierpnia 2014
Bielony komplet venge
Zbierać można bardzo różne rzeczy.
Ja jestem zbieraczem bejc i nie waham się ich używać. ;)
Lubię je mieszać ze sobą tworząc nowe odcienie lub nakładać razem i patrzeć jak przez siebie przenikają, migrują pokazując nowe oblicze na różnych rodzajach drewna.
Bejce pomimo tej samej nazwy różnią się czasem diametralnie od siebie.
To co w jednej firmie nazywa się "jasny dąb", w drugiej wygląda jak "cappuccino" w tej pierwszej.
Z jedną bejcą nie mam problemu. Z hebanową. :D
Kiedy kupiłam TĘ bejcę venge to wiedziałam od razu, że zrobię z nią kilka rzeczy.
Na pierwszy ogień poszedł wieszak, który pobieliłam i zrobiłam transfer.
Ale moja wizja była inna niż to co zobaczyłam, więc całość poszła precz.
W końcu na wieszaku zamieszkał sztukateryjny aniołek, którego długo "męczyłam", żeby się upodobnił do wyciosanego z kamienia.
Uchwyt owinęłam sznurkiem, który również zanurkował w bejcy i wszedł pod prysznic z białej farby.
Całość zwieńczyłam drewnianym koralikiem.
Ja jestem zbieraczem bejc i nie waham się ich używać. ;)
Lubię je mieszać ze sobą tworząc nowe odcienie lub nakładać razem i patrzeć jak przez siebie przenikają, migrują pokazując nowe oblicze na różnych rodzajach drewna.
Bejce pomimo tej samej nazwy różnią się czasem diametralnie od siebie.
To co w jednej firmie nazywa się "jasny dąb", w drugiej wygląda jak "cappuccino" w tej pierwszej.
Z jedną bejcą nie mam problemu. Z hebanową. :D
Kiedy kupiłam TĘ bejcę venge to wiedziałam od razu, że zrobię z nią kilka rzeczy.
Na pierwszy ogień poszedł wieszak, który pobieliłam i zrobiłam transfer.
Ale moja wizja była inna niż to co zobaczyłam, więc całość poszła precz.
W końcu na wieszaku zamieszkał sztukateryjny aniołek, którego długo "męczyłam", żeby się upodobnił do wyciosanego z kamienia.
Uchwyt owinęłam sznurkiem, który również zanurkował w bejcy i wszedł pod prysznic z białej farby.
Całość zwieńczyłam drewnianym koralikiem.
piątek, 25 lipca 2014
Ślubna taca
Jak myślicie o upominku ślubnym to co Wam przychodzi do głowy?
Mój praktyczny umysł podpowiedział koleżance, że pudło na chusteczki to będzie strzał w dziesiątkę.
No bo przecież i w łazience chusteczki nie muszą straszyć pstrokatym, tekturowym kartonikiem, a jak się dziecię pojawi to i maluch niech się wychowuje w ładnych okolicznościach.
I już to pudło widziałam w neutralnych kolorach, żeby wszędzie się ładnie komponowało, z jakimś nienachalnym wzorem, może odlewem subtelnym, no widziałam je i już.
Kiedy to "już" miało wejść w życie powiedziałam słowo "taca".
No i stało się. Koleżance pomysł się spodobał i zamówiła dla młodych tacę...
Argumentów przeciw nie miałam, bo taca też praktyczna, tylko że ja tac tak jakoś nie lubię.
Czasu było jak zwykle stanowczo za mało, ale taca powstała i już się ubiera w celofan jak mniemam.
Dostała zgodnie z życzeniem złoto - różane odzienie, które przykryłam matowym lakierem niczym welonem z mgiełki.
Motyw trochę podkolorowałam, a właściwie ujarzmiłam włoskie spojrzenie projektantów na pewne elementy, a złoto zgasiłam bejcą, patyną i bitumem.
Mam nadzieję, że taca będzie świadkiem pięknych i szczęśliwych dni u swoich nowych właścicieli czego szczerze życzę!
Mój praktyczny umysł podpowiedział koleżance, że pudło na chusteczki to będzie strzał w dziesiątkę.
No bo przecież i w łazience chusteczki nie muszą straszyć pstrokatym, tekturowym kartonikiem, a jak się dziecię pojawi to i maluch niech się wychowuje w ładnych okolicznościach.
I już to pudło widziałam w neutralnych kolorach, żeby wszędzie się ładnie komponowało, z jakimś nienachalnym wzorem, może odlewem subtelnym, no widziałam je i już.
Kiedy to "już" miało wejść w życie powiedziałam słowo "taca".
No i stało się. Koleżance pomysł się spodobał i zamówiła dla młodych tacę...
Argumentów przeciw nie miałam, bo taca też praktyczna, tylko że ja tac tak jakoś nie lubię.
Czasu było jak zwykle stanowczo za mało, ale taca powstała i już się ubiera w celofan jak mniemam.
Dostała zgodnie z życzeniem złoto - różane odzienie, które przykryłam matowym lakierem niczym welonem z mgiełki.
Motyw trochę podkolorowałam, a właściwie ujarzmiłam włoskie spojrzenie projektantów na pewne elementy, a złoto zgasiłam bejcą, patyną i bitumem.
Mam nadzieję, że taca będzie świadkiem pięknych i szczęśliwych dni u swoich nowych właścicieli czego szczerze życzę!
piątek, 4 lipca 2014
Sposób na motyla...
to tytuł konkursu, w którym wzięłam udział.
Spodziewałam się prac, które głównie będą wykonane na drewnie, więc wszelkich szkatułek, kuferków czy deseczek.
Pomyślałam, że warto pokusić się o zrobienie czegoś odmiennego i wzrok padł na blejtram.
Wybór serwetek był prosty, bo temat konkursu sam go właściwie narzucał.
No i zaczęły się małe progi.
Serwetek było więcej niż miejsca na płótnie, więc doszło drugie.
Ale skoro się zdecydował człowiek na dyptyk to trzeba było jakoś ten temat pociągnąć z jednego obrazka na drugi.
Kolorystycznie problemów nie było, bo jeszcze na szczęście widzę.
Ale serwetka serwetce nierówna, a ryżowa w tym zespole gra zupełnie inną melodię.
Progi zamieniły się w stopnie.
Zaczęłam sobie robić projekt "na sucho" docinając wszystko cierpliwie i równo, żeby jakościowo było na cacy.
Jakoś mi ta precyzja tak umysł zajęła, że skleroza w tym czasie tańczyła już twista.
Kompletnie zapomniałam, że papier ma tendencje przyrostowe pod wpływem kleju...
Stopnie zamieniły się w schody.
Ale jak się powiedziało "A", to trzeba dojść do "Z".
Jak ja te ramki zrobiłam z kilku różnych, cieniutkich paseczków serwetki to nie wiem do dziś. :)))
Całość "przypaliłam" w kilku miejscach niczym starą fotę i wszystko pokryłam masą pękającą.
I tak wygląda mój patchworkowy dyptyk.
Spodziewałam się prac, które głównie będą wykonane na drewnie, więc wszelkich szkatułek, kuferków czy deseczek.
Pomyślałam, że warto pokusić się o zrobienie czegoś odmiennego i wzrok padł na blejtram.
Wybór serwetek był prosty, bo temat konkursu sam go właściwie narzucał.
No i zaczęły się małe progi.
Serwetek było więcej niż miejsca na płótnie, więc doszło drugie.
Ale skoro się zdecydował człowiek na dyptyk to trzeba było jakoś ten temat pociągnąć z jednego obrazka na drugi.
Kolorystycznie problemów nie było, bo jeszcze na szczęście widzę.
Ale serwetka serwetce nierówna, a ryżowa w tym zespole gra zupełnie inną melodię.
Progi zamieniły się w stopnie.
Zaczęłam sobie robić projekt "na sucho" docinając wszystko cierpliwie i równo, żeby jakościowo było na cacy.
Jakoś mi ta precyzja tak umysł zajęła, że skleroza w tym czasie tańczyła już twista.
Kompletnie zapomniałam, że papier ma tendencje przyrostowe pod wpływem kleju...
Stopnie zamieniły się w schody.
Ale jak się powiedziało "A", to trzeba dojść do "Z".
Jak ja te ramki zrobiłam z kilku różnych, cieniutkich paseczków serwetki to nie wiem do dziś. :)))
Całość "przypaliłam" w kilku miejscach niczym starą fotę i wszystko pokryłam masą pękającą.
I tak wygląda mój patchworkowy dyptyk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)